Drukuj
Kategoria: regionalizm
Odsłony: 827

Część IX

Promotorstwo; czyli  Janku, jeśli mi nie pomożesz….

b_250_100_16777215_00_images_2014_5_prof._Jan_Boczek.jpgW 1958 roku zrobiłem doktorat, promotorem był docent Władysław Węgorek, który wraz z instytutem przeniósł się do Poznania. Pamiętam jak mu zawiozłem, w umówionym dniu, pracę doktorską (na temat drapieżcy rozkruszków – sierposza rozkruszkowca) do Poznania. Kazał mi czekać, miał przeczytać tego samego dnia. O 16:00 zgłaszam się, a on nawet do niej nie zajrzał, bo jako dyrektor instytutu miał sporo innych zajęć. W ciągu godziny pracę przekartkował i oddał mi. To był cały wkład w promotorstwo, a byłem jego pierwszym doktorantem (z 34 jakie łącznie prowadził).  Zaraz po doktoracie pojawiły się na horyzoncie stypendia Fundacji Rockefellera. Zostałem wytypowany przez sekretarza naukowego IOR, Śliwińskiego, i w październiku 1958 roku wyjechałem na rok do USA zostawiając żonę i 4 –  letnią Urszulę w Puławach. Zawiadomienie dostałem przysłane mi z Puław do Faściszowej, gdyśmy kosili zboże.  Basia zaczęła płakać że wyjadę, a mój Tata się bardzo ucieszył.

Musze tutaj się ze wstydem przyznać, że w międzyczasie napisałem w dużym stopniu dwie prace magisterskie, a było to tak: jeszcze w Krakowie kolega mojego roku (AG), który już jako student uczył biologii w Wolbromiu, prosił mnie abym mu pomógł. W rezultacie jego materiały opracowałem, a on mnie „sponsorował”. Mieszkałem pewien czas u niego w Skawinie, a jego mama mi dogadzała przyrządzając smakołyki.  Druga historia inna: pewnego dnia w 1952 roku dostałem w Puławach paczkę od młodszej koleżanki (ES) z Krakowa z prośbą o pomoc w opracowaniu jej materiałów do pracy magisterskiej. W paczce był list ze słowami: ”Janku, jeśli mi nie pomożesz, nigdy studiów nie skończę”.

Preparaty przejrzałem i stwierdziłem, że można z nich sporządzić dostateczną pracę magisterską i odłożyłem wszystko na półkę. Po kilku tygodniach koleżanka zjawia się niezapowiedziana z walizą i powiada, że nie wyjedzie z Puław, dokąd jej nie napiszę pracy magisterskiej. Chciała mi pomagać, jednak mi tylko przeszkadzała.  Znalazła lokum, piekła ciasta, zdobywała dobre produkty i mnie dokarmiała, a ja wieczorami jej materiały opracowywałem. W międzyczasie zaklepała sobie pracę w Puławach i potem przez kilka lat tam pracowała, w Instytucie Zootechniki.

Wspomnę jeszcze, że pomogłem kiedyś wyjechać do USA synowi, jedynakowi, przyjaciół z Ożarowa Mazowieckiego. Niestety pozostał tam do dzisiaj, ożenił się (bezdzietny) i prawie zapomniał o rodzicach. Ojciec zapisał mu całą posiadłość w Ożarowie, obecnie o dużej wartości. Ojciec zmarł, a matka jego żyje samotnie, prawie w biedzie w dużym domu. Wystarczyłoby sprzedać jedną działkę, aby zapewnić jej należne życie, ale syn o tym nie myśli, mimo mojego apelu. Bardzo mi przykro.

Wykupując bilet lotniczy do Nowego Jorku poznałem w kolejce dwoje młodych: lekarkę, histologa – onkologa z Łodzi, także stypendystkę Fundacji Rockefellera oraz historyka z Warszawy, stypendystę Fundacji Forda. Uzgodniliśmy, że razem polecimy. Razem poszliśmy odebrać wizy w Ambasadzie Amerykańskiej. Historyk dostał wizę od ręki, a nam kazano czekać. Ponieważ przy załatwianiu formalności wyjazdowych było sporo komplikacji – byliśmy zdenerwowani. Po chwili jednak, gdy historyk wyszedł, pani po cichutku poprosiła abyśmy z historykiem się nie kontaktowali. Po powrocie, już w Skierniewicach, dostałem wezwanie na milicję. Tam oficer Urzędu Bezpieczeństwa mnie wypytywał, jak to było w Ambasadzie przy odbiorze wizy, co nam pani Sobieska powiedziała. Wszystko o mnie wiedział. Ja, podobnie jak lekarka z Łodzi, oczywiście wyparliśmy się wszystkiego. Przez dłuższy okres byliśmy śledzeni. Później się dowiedziałem, że pani Sobieska miała ogromne kłopoty z UB. Znajoma Olga, także została profesorem. Początkowo pracowała w Łodzi, później w Instytucie Onkologii w Warszawie, obecnie na emeryturze.

Czasy puławskie wspominam z przyjemnością. Byliśmy biedni, ale świetnie się bawiliśmy, a kto chciał mógł intensywnie pracować mając dobre warunki do badań. Za honorarium za pracę o rozkruszku kupiłem sobie marynarkę, a za pracę o rozkruszku mącznym – radio. To były wielkie przeżycia. Wieczorami często przesiadywałem w zakładzie. Aby dostać stypendium Fundacji Rockefellera należało zdać egzamin z angielskiego. Do doktoratu zdawałem egzamin z niemieckiego. W Puławach z trudnością znalazłem kogoś, kto nie znał gramatyki, ale po pobycie w czasie wojny – nieźle mówił po angielsku.

 

cdn.