Drukuj
Kategoria: regionalizm
Odsłony: 726

Część IV

Czas okupacji

b_250_100_16777215_00_images_2014_5_Mama_prof._Boczka.jpgPo siódmej klasie szkoły podstawowej uczęszczałem do 2- letniej szkoły handlowej w Tarnowie. Była to jedyna możliwość dalszego kształcenia. W tej szkole miałem takie przedmioty jak: kaligrafia, maszynopisanie, reklama, stenografia (która do dzisiaj pamiętam i niekiedy sobie wykorzystuję) i dużo języka niemieckiego. Mieszkałem w budynku straży pożarnej na ul. Brodzińskiego. Znajomość niemieckiego bardzo mi pomagała w czasie, kiedy w 1944 roku kopaliśmy w Filipowicach rowy przeciwczołgowe. Niewiele pracowałem łopatą, bo Niemcy którzy nami kierowali, wykorzystywali mnie jako tłumacza. Wtedy w wąwozie w Słonej złapali mnie Niemcy, gdy skradali się na partyzantów. Moja legitymacja ze szkoły handlowej mnie wtedy uratowała, puścili mnie.

Ostatnie lata wojny, po szkole handlowej, pasłem w gospodarstwie Ojca krowy, pomagałem w gospodarstwie, a wieczorami uczyłem się historii, języka polskiego, niemieckiego na prywatnych lekcjach w Zakliczynie u mgr polonistyki W. Kowala. Tylko odrobinkę mi zadawał fizyki i matematyki, nic chemii. Ze strachu przed łapankami chodziłem na te lekcje polami przez Kończyska i często zostawałem na noc w Zakliczynie u cioci Julci. Często także nie spałem w domu, tylko w sianie, w stodole. Niemcy wyłapywali młodych ludzi i wysyłali na roboty do Niemiec. Uczyłem się przy lampie karbidowej, przy zaciemnionych oknach.

 Za zabicie świni groziła kara śmierci, a przecież coś trzeba było jeść. Kiedy w domu bito świnię, cały dzień stałem na czatach, na rogu domu, czy nie jadą Niemcy. Trzeba było odstawiać kontyngenty mięsa, zbóż, mleka. Zboża przechowywało się w norach w ziemi w stodole, a nocami mielono końmi w kieracie zboże na mąkę. Mama wysyłała mnie do Zakliczyna z masłem, jajkami. Pewnego dnia zaniosłem masło Żydom w zakliczyńskim getcie. Kiedy stamtąd wyszedłem, zrobiłem najwyżej 100 metrów, gdy nadjechali Niemcy aby getto zlikwidować, wywieź Żydów do obozu.  Miałem dużo szczęścia, opóźnienie kilka minut mogło się dla mnie skończyć tragicznie. W Zakliczynie przed wojną Żydów było bardzo dużo. Prawie wszystkie sklepy były przez nich prowadzone.

Całe szczęście, że urodziłem się w styczniu 1927 roku, a nie w grudniu 1926. Wtedy musiałbym iść do Baudienstu w 1945 roku. Zabierano wszystkich chłopców od 18 – go roku życia; ciężko pracowali po 12 godzin przy budowie dróg, a warunki życia były okropne.

Przed wojną jaki i w czasie okupacji był u nas w gospodarstwie parobek do koni, dziewczyna do pomocy Mamie przy pracy przy świniach i w domu oraz pastuch do krów. Przez dłuższy czas w czasie okupacji ukrywał się u nas ksiądz Henryk Florek, kuzyn Mamy. Zauroczona nim była nasza dziewczyna, Wiśka. Pamiętam jak była zszokowana, gdy poznała którejś niedzieli w klasztorze, gdy odprawiał mszę. Za utrzymywanie kogoś, kto był poszukiwany także groziła kara śmierci – on wyspowiadał partyzantów i go poszukiwali. Często odprawiał w Zakliczynie mszę w zamkniętym kościele, ja mu służyłem do mszy. Szczęśliwie przeżył. W latach 60 – tych odwiedziliśmy go na parafii w Rzeszowskim. Biedna to była parafia…

Później jako student często służyłem do mszy w maleńkim, najstarszym krakowskim  kościółku św. Wojciecha.

na zdjęciu ilustrującym odcinek : Mama prof. Jana Boczka

cdn.