Drukuj
Kategoria: regionalizm
Odsłony: 612

Część VIII

Pierwsze własne pieniądze; czyli radio za psie pieniądze

b_250_100_16777215_00_images_2014_5_pwp.jpgJeszcze jako student, od września 1950 roku byłem asystentem w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie. Prowadziłem zajęcia ze studentami i pomagałem szefowi – prof. Kreinertowi – w jego badaniach nad mózgiem psów.  Musiałem uczestniczyć w sekcjach psów. Nie była to przyjemna praca, ale już miałem swoje pierwsze pieniądze. Pierwszą pensję w połowie straciłem, bo akurat nastąpiła wymiana pieniędzy i za stare dawali niewiele nowych. Akurat dostałem paczkę z domu i z nią poszedłem wymienić pieniądze. Posądzono mnie, że mam paczkę pieniędzy. Wtedy kupiłem rodzicom radio na baterie, bo w Faściszowej elektryczności jeszcze nie było. Dostali elektryczność w 1952 roku.

Studia wspominam bardzo miło, chociaż bardzo systematycznie pracowałem, czego mnie rodzice nauczyli. Rodzice co niedzielę przysyłali mi paczkę i dawali skromne fundusze. Jednym z kolegów na I roku był kolega Henio Weigenberg, hulaka. Kiedy przywiozłem pieniądze z domu, wyciągał mnie na wieczorki w kawiarni akademickiej i później brakowało pieniędzy nawet na bardzo skromne obiadki u sióstr w pobliżu uniwersytetu. Po I roku Henio przeniósł się na dentystykę. W czasie studiów mieszkałem z Jankiem Gacem ze Słonej u miłych państwa Miłków na Ulicy Skorupki, na Olszy. Wtedy przeżyłem pierwszą młodzieńcza miłość. Byłem jednak, jak dzisiaj to oceniam, rozsądny.

 

W 1949 roku odbyłem 3 – miesięczną praktykę w Państwowym Instytucie Naukowym Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach. Miałem wielkie szczęście, że trafiłem pod skrzydła dr Zofii Gołębiowskiej w Zakładzie Badania Szkodników Zbóż i Przechowalni. Była to bardzo kulturalna, życzliwa i serdeczna dla mnie szefowa. Nauczyła mnie rzetelności i metodyk pracy badawczej. Obiecała mi prace po studiach i rzeczywiście w lipcu 1951 roku objąłem tam pracę pod Jej kierunkiem. Zofia Gołębiowska zmarła w 2001 roku w wieku 85 lat.

W 1950 roku masowo pojawiła się w Polsce stonka ziemniaczana. Nie zapomnę oficerów z puławskiej jednostki wojskowej, którzy pewnego dnia w marcu przyszli do Zakładu z buteleczką z owadami, które znaleźli na śniegu. Chcieli potwierdzenia, że to stonka, która oczywiście „zrzucili Amerykanie. Byli zawiedzeni, gdy im powiedzieliśmy, że to pośnieżek, częsty owad bezskrzydłowy pojawiający się na śniegu wczesną wiosną. Wtedy telefony bardzo źle działały, a dyrekcja Instytutu Ochrony Roślin (IOR) była w Warszawie i często trzeba było 2 dni czekać na połączenie. Tylko na nasze hasło „stonka” łączono natychmiast.

foto: Pałac w Puławach, gdzie prof. J. Boczek pracował 9 lat

 

cdn.